Zastanawiałam się przez chwilę czy to już ta pora by dawać taki trochę jesienny wpis. No bo, przecież jest lato kurcze blade! Można potraktować to jak sierpniowe zbieranie plonów. Plon to jest jakby nie było. Niewielki, balkonowy, ale swój, wyhodowany "tymi ręcami". Wspomnienie lawendy. Dzięki niej, tak mi się zdaje mniej latającego robactwa wpadało przez drzwi balkonowe. Okna to już inna historia. Przez nie wchodzą małe krzyżaki, znaczy się pająki:) Na szczęście nie zostają na długo, chyba nie mają co jeść. Dzięki lawendzie ma się rozumieć! Plon mój zebrany w małe bukieciki. Zostawiam gdzie popadnie. Wiszą, leżą, stoją. Ususzone trochę pachną jesienią- niestety. Niestety różowa lawenda nie przetrwała zimy. Została niebieska i biała. I tak cieszy oko i powonienie! Mam nadzieję, że nie poczułyście się jesiennie? Za oknem słoneczko, cieplutko, letnio. I tak ma być. Idę gotować zupę. Nosi tytuł "śmieciowa, czyli to co w lod...